Już nawet ołówek odmawia posłuszeństwa, łamie się, nie chce pisać. I noc nie pomaga, ucieka, zamienia się w dzień. W kolejny parszywy dzień, tak bardzo podobny do poprzedniego, że ma się ochotę strzelić mu w łeb, gdyby miał łeb. Każdego takiego dnia, gdy widzę powtarzalność wszystkich żałosnych elementów składających się na moje marne życie - TAK! proszę państwa! - popełniam mentalne samobójstwo. W myślach fantazjuję nad własną śmiercią, z moich własnych rąk zadaną. I wcale nie jest mi lepiej.
Patrzę na twarze, a twarzy których nie widzę, to sobie wyobrażam, że patrzą na mnie ciągle tym samym współczującym wzrokiem. Chciałbym spędzać dzień z flaszką dobrego alkoholu, który podkręcał by mnie, nakręcał, utrzymywał w tym wspaniałym zawieszeniu między trzeźwością, a nietrzeźwością. Tylko dlaczego wasze twarze świdrują mnie swoimi oczami i chcą bym miał wyrzuty sumienia? Aż tak źle wyglądam? Jak kupa? Bo się czuję jak kupa.
Tak łatwo pieprzyć farmazony o napieraniu do przodu. O zostawieniu tego co było, co minęło - "Musisz iść na przód". Na jaki przód? Gdzie? Ja nie umiem. Tkwią we mnie wszystkie słowa, wspomnienia, zapachy i kolory. I śmiech. A teraz łzy.
Na ulicy piękna twarz dziewczyny spogląda na mnie z góry. Piękna wysoka dziewczyna. Jedna z takich kobiet, z którymi w życiu nie zamienię ani słowa. Czasami chcę tak jak Plihal z "Roku diabła" przestać mówić. I tak nie mam nic ciekawego do powiedzenia, a w dodatku w towarzystwie ludzi, których nie znam denerwuję się, bo wiem, że niewyraźnie mówię i nie znoszę siebie za to, że nie potrafię płynnie swoich myśli wypuścić na świat przez mój otwór gębowy. Potrafię być w towarzystwie i się nie odzywać, bo wiem, że zacznę blukać, a powtarzanie tego co chcę powiedzieć sprawia, że denerwuję się jeszcze bardziej. Dlatego zanim coś powiem muszę wymyślić inny sposób, znaleźć inne słowa, bo te które mam w głowie są NIEDOWYPOWIEDZENIA przeze mnie. Trzeszczą i straszą natłokiem samogłosek i spółgłosek. Mija czas i myśl, którą układam staje się przeterminowana. I tak minuta za minutą, godzina za godziną, ja milczę. Ja milczę. A chce Ci powiedzieć, że jesteś fajną dziewczyną. A tobie, że nie znam weselszego faceta niż Ty. A co mówię sam do siebie? Milczę do siebie. Milczenie gdy patrzy się w lustro wystarcza za tysiąc słów. Tysiąc niepotrzebnych słów, tak niepotrzebnych jak ja.
Jak iść dalej z takim bagażem żałości na plecach? Już nie potrafię na siebie patrzeć. Straciłem 5 lat życia. Nie zbudowałem przez te 5 lat nic, ani doświadczenia i wiedzy zawodowej, ani związków, nic. Tylko stany depresyjne, dołki tak głębokie, że Scania by się zmieściła, brak pewności siebie i wielkie poczucie nicości oraz samotności.
Nie mogę zasnąć. Ciągłe myślenie powoduje zagubienie, ale ja nie potrafię inaczej. Analizuje, przeżywam na nowo i wymyślam na nowo. Tworzę własną wersje historii mojego życia. Życia, w którym Ty mnie kochasz, on mnie lubi, a ja jestem szczęśliwy. Tak pokrótce. Boję się zasnąć bo wiem, że każda noc to kolejny zmarnowany dzień. Kolejny dzień, w którym muszę przeżywać na nowo tą samą powtarzalność, te same pytania. "Jak Ci minął dzień? Co słychać?". Nic nie słychać. Nie wychodziłem z domu, nic nie robiłem. Tak bardzo fantastyczne jest moje życie! Pełne zaskakujących zwrotów akcji, niesamowitych zdarzeń i wielkiej ilości pozytywnej energii. I każdego dnia muszę z tym walczyć.
wtorek, 21 września 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)